W Świętochłowicach ogródki gastronomiczne są 4 razy droższe niż w Katowicach i 8 razy droższe od Gliwic.

fot. Kawa i Maszket
Jeszcze kilka lat temu był jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc spotkań na deptaku przy ulicy Katowickiej. W sezonie letnim trudno było znaleźć wolny stolik. Rodziny świętowały tam Dzień Dziecka, uczniowie zakończenie roku szkolnego, a mieszkańcy po prostu spotykali się przy kawie. Dziś po klimatycznym ogródku kawiarni „Kawa i Maszket” pozostały jedynie wspomnienia i fotografie. Historia tego miejsca stawia podstawowe pytanie: Dlaczego władze Świętochłowic nie wspierają lokalnych przedsiębiorców? I drugie – jak ożywić ruch centrum miasta, gdy kładzie się pod nogi kłody w postaci zaporowych cen za to, żeby klienci, my – mieszkańcy, mieli gdzie usiąść i odetchnąć przy kawie?
Na naszej grupie dziś pojawiła się historia kawiarni “Kawa i Maszket”. Według właścicieli kawiarni drewniana zabudowa ogródka poprawiała estetykę ulicy, zwiększała bezpieczeństwo gości oraz była utrzymywana na koszt przedsiębiorcy przez cały rok. Mimo deklaracji dbania o porządek i odśnieżania terenu poza sezonem, miasto nie wyraziło zgody na pozostawienie konstrukcji przez cały rok. Natomiast największe kontrowersje budzą tzw. opłaty za zajęcie pasa drogowego pod ogródki gastronomiczne, czyli de facto czynsz za ogródek na ulicy. Jak wskazuje właściciel lokalu, w Katowicach stawka wynosi 50 groszy za metr kwadratowy dziennie, w Gliwicach 25 groszy, podczas gdy w Świętochłowicach aż 2 złote. Oznacza to, że przedsiębiorcy prowadzący działalność w znacznie mniejszym i wyludnionym mieście muszą ponosić 4 razy większe koszty niż firmy w Katowicach i aż 8 razy więcej niż w Gliwicach. Przecież to są chore zasady. Nie tylko wbrew zdrowemu rozsądkowi ale otwarcie działające na niekorzyść lokalnego biznesu.
Wiele samorządów w Polsce walczy dziś o ożywienie centrów miast. Tworzy się strefy relaksu, wspiera gastronomię i organizuje wydarzenia mające przyciągnąć mieszkańców. Tymczasem w Świętochłowicach przedsiębiorcy coraz częściej zwracają uwagę na bariery administracyjne i wysokie koszty prowadzenia działalności. Nikt z władz miasta im nie pomaga. Nikt ich nie słucha. Nie jest tajemnicą, że miasto od lat zmaga się z problemem odpływu mieszkańców oraz pustoszejącymi lokalami usługowymi. W takiej sytuacji każda inicjatywa poprawiająca atrakcyjność przestrzeni publicznej powinna być traktowana jako wartość dodana. Trudno zrozumieć, dlaczego estetyczny ogródek gastronomiczny, finansowany z prywatnych środków, został uznany za problem wymagający administracyjnych ograniczeń.
Sprawa „Kawy i Maszketu” jest czymś więcej niż sporem o kilka stolików na deptaku. To symbol podejścia do lokalnej przedsiębiorczości. Mieszkańcy często słyszą, że centrum miasta wymaga ożywienia, ale trudno oczekiwać nowych inwestycji, gdy przedsiębiorcy napotykają kolejne przeszkody i opłaty o wiele wyższe niż w sąsiednich miastach. Być może najwyższy czas zadać pytanie, czy Świętochłowice chcą być miastem przyjaznym dla lokalnego biznesu, czy też miejscem, w którym nawet popularny ogródek kawiarniany staje się problemem administracyjnym. Bo życie miasta tworzą przede wszystkim jego mieszkańcy i przedsiębiorcy, a nie kolejne decyzje ograniczające ich działalność. I na dziś, mimo bzdurnych deklaracji wyborczych, to nie zdrowy rozwój toczy Świętochłowice, ale porównując ceny, o których mowa w artykule, to wręcz niezdrowy rozbój.
I wiecie co? Dziś ktoś ten temat wywołał także na profilu prezydenta. Ten stwierdził, że nagle próbował się z tymi przedsiębiorcami skontaktować, ale nie odbierali telefonu. Czyżby chciał nagle przez telefon zmienić im taryfikację opłat, które sam zarządził? Temat pozostawiamy do Państwa refleksji.










