W sprawie Metropolii grają w złego i dobrego policjanta. Czy Świętochłowice staną się dzielnicą… Katowic?

Na zdjęciu prezydenci Świętochłowic i Katowic. Fot. Oficjalny profil prezydenta Świętochłowic Daniela Begera
W województwie śląskim toczy się gra, w której coraz więcej do powiedzenia chce mieć lobbing polityczny, który w przyszłości może wymazać z map nazwę Świętochłowic jako niezależnego miasta. Podobnie może stać się również z innymi miastami w regionie. Twarzami tej idei są dwaj prezydenci: Daniel Beger ze Świętochłowic i Marcin Krupa z Katowic. Pierwszy to urodzony Żuławianin, który na Śląsk – jak wielu – napłynął kiedyś z północnej Polski. Nie zna tutejszego etosu, kultury i dziedzictwa. Nie rozumie, czym jest lokalna tożsamość, myśli, że chodzi w niej np. o żużel. Drugi to urodzony katowiczanin, szef największego miasta w województwie, wychowany na polityce Piotra Uszoka. Chcący uchodzić za niekwestionowanego lidera w całym regionie.
W sprawie metropolii teoretycznie mówią jednym głosem i jest to głos, który proponuje: zlikwidujmy nasze miasta i połączmy je w jedno wielkie supermiasto. Będziemy sobie rywalizować z Dubajem, Berlinem i Londynem. Różni ich postawa, bo w tym projekcie jeden gra rolę dobrego, a drugi złego policjanta, i chyba nikogo nie dziwi to, że tę drugą gra prezydent Świętochłowic. W skrócie chodzi o to, że czego Krupie, jako liderowi tego projektu powiedzieć nie wypada, Beger wypala jak z armaty, bo jak każdy publicysta (a zaiste nim jest, wcale nie politykiem) lubi sobie popisać. To dlatego w artykułach czy wpisach na Facebooku Marcina Krupy nie zobaczycie tego pretensjonalno-agresywnego tonu opartego na katastrofalnych wizjach, tylko argumenty podawane w dość wyważony sposób, aby nikogo zbytnio nie urazić. U Daniela Begera jest odwrotnie, używając terminologii żużlowej, to często jazda po bandzie.
Akurat sprawy mogą się szybko posunąć do przodu, bo niedawno powstał projekt ustawy metropolitalnej. To on ma otworzyć drogę do głębszej integracji Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii i w docelowym wariancie – stworzenia jednego organizmu miejskiego. W narracji obu prezydentów to nie jest jedna z opcji, tylko konieczność. Uważają że bez integracji region ma przegrywać walkę o inwestorów i młodych mieszkańców, a obecny układ kilkunastu miast funkcjonujących obok siebie po prostu wyczerpał swoje możliwości. Z ich perspektywy skala ma kluczowe znaczenie. Duży, zintegrowany organizm, formalnie jedno z największych miast, lub nawet największe miasto w Polsce miałoby przyciągać międzynarodowy kapitał i zmieniać sposób postrzegania regionu. Dziś, jak argumentuje strona katowicka, barierą jest rozproszenie: potencjalny inwestor słyszy o kilkusettysięcznym mieście i nie widzi realnego potencjału, mimo że w otoczeniu żyją miliony ludzi. W modelu „supermiasta” zarządzanie terenami inwestycyjnymi, planowaniem i lokowaniem dużych projektów miałoby być prostsze i bardziej efektywne. Dzięki zmianie nazwy, i skupieniu władzy (oraz pieniędzy) w ramach grupy polityków zarządzającej metropolią – zgodnie z tą retoryką – ten wspomniany inwestor już ten potencjał zobaczy.
W swoich wypowiedziach Daniel Beger stawia sprawę w kategoriach wyboru cywilizacyjnego: albo powstanie silne, zintegrowane „supermiasto”, albo region w perspektywie kilkunastu–kilkudziesięciu lat stanie się postindustrialnym skansenem (jeśli wolisz potoczny język, czytaj: “zadupiem”). Odwołuje się do konieczności podejmowania odważnych decyzji, przyspieszenia procesów i odejścia od wieloletnich sporów oraz rozproszonego zarządzania. Niektórym ta retoryka trąci centralizacją, jak za PRL. Ludzie boją się kumulowania władzy, przywilejów i dostępu do gigantycznych pieniędzy w ramach wąskiego grona polityków. Ponadto ten socjotechniczny język z elementami “nowomowy”, którego używa prezydent Świętochłowic w ogóle nie porywa tłumów.
Jednocześnie Beger zwraca uwagę, że projekt ustawy metropolitalnej nie rozwiązuje wszystkich problemów. Wskazuje na ryzyko rozdrobnienia, przeciągających się procesów decyzyjnych oraz brak realnej konsolidacji kluczowych usług publicznych, takich jak ochrona zdrowia czy edukacja. W jego ocenie bez zdecydowanych ruchów i realnej integracji gospodarczej metropolia pozostanie konstrukcją bardziej formalną niż faktyczną. Na tym tle wypowiedzi Marcina Krupy są wyraźnie bardziej stonowane. Prezydent Katowic mówi o „mega mieście” jako naturalnym kolejnym etapie rozwoju. Nie tyle administracyjnej rewolucji, co lepszego wykorzystania istniejącego potencjału. Akcentuje funkcjonalność: podział zadań między miastami, komplementarne specjalizacje, wspólne planowanie i korzyści dla mieszkańców. To ta sama idea, ale podana w zupełnie innym tonie. Dlatego, aby ludzie dali się przekonać dobremu policjantowi (Krupa), aktywny musi być zły policjant. Jeden podbija emocje i napięcie (Beger), drugi je wygasza i normalizuje. Klasyka 🙂
Równolegle do tych deklaracji sprawy przybrały obrót, który może mieć realne znaczenie dla dalszego kierunku zmian. Ze stanowiska przewodniczącego Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii zrezygnował Kazimierz Karolczak, co natychmiast uruchomiło polityczne układanki wokół jego następcy. Faworytem wydawał się Maciej Biskupski – wieloletni współpracownik i chyba najbardziej zaufany człowiek Marcina Krupy, były zastępca Karolczaka, były radny i wiceprezydent Katowic. W grze był także Tomasz Szczerba – burmistrz Wojkowic, który – co ciekawe – prowadził kampanię wyraźnie uderzającą w „Katowicocentryzm”, budując narrację Metropolii jako sumy równorzędnych miast i krytykując dominację największego ośrodka. Ostatecznie jednak wybór padł na wicemarszałka województwa śląskiego Leszka Pietraszka.
Ten wybór nie był przypadkowy i jak się mówi – ma oczywisty związek ze strategią wzmocnienia współpracy na linii Miasto Katowice–Urząd Marszałkowski. W pewnym momencie Marcin Krupa miał postawić na wariant, który lepiej wpisywał się w relacje z marszałkiem Wojciechem Saługą, nawet kosztem swojego dotychczasowego zaplecza. Ze źródeł samorządowych w Katowicach dowiedzieliśmy się ponadto, że w trakcie rozmów lub negocjacji (jak kto woli) miała pojawić się realna szansa, aby w przypadku wygrania elekcji przez Macieja Biskupskiego do zarządu metropolii mógł wejść także Daniel Beger, czyli “drugi człowiek” Marcina Krupy w tej grze. Oczywiście są to informacje z kuluarów, których nikt w oficjalnym przekazie nie potwierdzi, ale dajemy słowo, że źródło tej informacji jest rzetelne i wiarygodne. To zmienia dość istotnie kontekst tej historii w części, która dotyczy przyszłości Świętochłowic.
Jeśli takie były rzeczywiste oczekiwania lub dążenia prezydenta Begera, to być może pod znakiem zapytania staje sens jego dalszej prezydentury w naszym mieście. Wejście do zarządu metropolii oznaczałoby przecież automatyczną utratę urzędu w Świętochłowicach. A to prowadzi z kolei do wniosku – tezy, którą już wielokrotnie stawiano w licznych opiniach i komentarzach: głównym celem Daniela Begera jest dalsza budowa własnej kariery a nie “zdrowy rozwój” Świętochłowic. To nie rewitalizacja naszego miasta, ale budowa administracyjnego molocha leży w sferze zainteresowań świętochłowickiego włodarza, bo chyba tylko to daje mu szanse na dalszy polityczny byt. Dlatego być może warto się zastanowić, czy prezydentowi jednak nie pomóc w szybszym opuszczeniu Świętochłowic, skoro jak wszystko na to wskazuje – tak bardzo się z nich wyrywa, lub są dla niego być może zbyt małe, lub niedostatecznie spektakularne. Do dyspozycji są przecież demokratyczne narzędzia, z których korzystają choćby nasi sąsiedzi. Może lepiej byłoby pozwolić Danielowi Begerowi uwolnić się z jarzma Świętochłowic na rzecz “wyższych idei” a w zamian wybrać innego włodarza, który zamiast samym sobą, zajmie się przede wszystkim naszym miastem? W Świętochłowicach wszystko jest możliwe 😉










