
Dokładnie 1 lutego 2004 roku zmarł Ewald Cebula. Krawiec z wykształcenia, hutnik z zawodu, urzędnik z konieczności, a z pasji – jeden z najwybitniejszych piłkarzy i trenerów w historii Polski. Dziś mija kolejna rocznica odejścia świętochłowiczanina, o którym krążyły legendy, a on sam potrafił wygrywać mecze za tabliczkę czekolady.
Choć od jego śmierci minęły ponad dwie dekady, pamięć o „Ewaldzie” (którego władze PRL zmusiły do zmiany imienia na Edward) wciąż budzi podziw. To historia człowieka, który odmawiał rzymskiemu Lazio, by wrócić do rodziny w Świętochłowicach, i którego przed więzieniem UB musiał bronić poseł z rewolwerem w ręku.
Golonka tylko dla zwycięzców
Ewald urodził się 22 marca 1917 roku w Świętochłowicach. Zanim stał się „Profesorem” futbolu, pracował jako krawiec i hutnik. Swoją karierę zaczynał w lokalnym Śląsku Świętochłowice, gdzie uczył się twardej, śląskiej szkoły życia. Do historii przeszła anegdota o restauracji Fliegela, gdzie po przegranym meczu piłkarze zastali na drzwiach kartkę: „Dla mamlasów nie ma golonków. Grać nie umiecie, jeść nie będziecie”.
Cebula wyciągnął z tego wnioski – szybko stał się postrachem bramkarzy. Kiedyś założył się z kolegami o czekoladę, że strzeli dwa gole w jednym meczu. Zakład wygrał, a jego talent dostrzegł Józef Kałuża, powołując go do reprezentacji kraju.
Wojenna tułaczka: Od Wermachtu po Armię Andersa
Wojna brutalnie przerwała jego karierę, ale nie zabiła w nim piłkarza. Po przymusowym wcieleniu do Wermachtu trafił do Francji i Włoch, gdzie przy pierwszej okazji przeszedł na stronę aliantów, do armii generała Andersa. Tam, grając w drużynie polskiego korpusu, zachwycił Włochów. Działacze wielkiego Lazio Rzym byli gotowi spełnić każdy jego warunek, byle tylko u nich został. Cebula jednak odmówił. Tęsknota za żoną i synem, którzy zostali w Świętochłowicach, była silniejsza niż blask włoskiej ligi.
Powrót do domu i rewolwer w obronie gwiazdy
Powrót do powojennej Polski nie był łatwy. Jako „andersowiec” Cebula był solą w oku bezpieki. Kiedy funkcjonariusze UB grozili jego aresztowaniem, w obronie piłkarza stanął Wiktor Markiefka – poseł i przodownik pracy. Legenda głosi, że Markiefka wyciągnął rewolwer i wycelował w ubowców, grożąc, że ich wystrzela, jeśli tkną Cebulę. Ostatecznie skończyło się na administracyjnym nakazie zmiany imienia na „Edward”, bo Ewald brzmiało dla władzy zbyt niemiecko.
Mistrzowski hat-trick i gęś w pociągu
W barwach Ruchu Chorzów Cebula dokonał rzeczy niemożliwej, zdobywając trzy tytuły mistrzowskie z rzędu w różnych rolach: jako piłkarz (1951), grający trener (1952) i trener (1953). Później dołożył do tego mistrzostwo z Górnikiem Zabrze (1963).
Były to czasy, gdy za wygrany mecz wyjazdowy można było dostać… żywą gęś. Cebula wspominał, że powrót pociągiem z takim „ładunkiem” budził sensację, choć jego gęś ostatecznie została skradziona z przydomowego ogródka.
Człowiek o wielkim sercu
Ewald Cebula był nie tylko wybitnym fachowcem – to on namówił trenera kadry na wystawienie Gerarda Cieślika w słynnym meczu z ZSRR w 1957 roku – ale przede wszystkim dobrym człowiekiem. Na emeryturze chętnie pomagał innym, co niestety wykorzystywali naciągacze, wyłudzając od niego skromną rentę.
Zmarł w Chorzowie, ale spoczął tam, gdzie wszystko się zaczęło. W Świętochłowicach.
![]()
Grób Ewalda Cebuli na cmentarzu przy ul. Szpitalnej w Świętochłowicach (fot. Wikipedia)
W artykule przytoczono treści i fotografię ze strony Śląskiego Związku Piłki Nożnej.










